Legendy

 

Legenda o "Czartowym Polu" nad Sopotem

    W głębokiej puszczy przy brodzie na Sopocie stała karczma, którą arendował stary Icek.
Prowadziła tędy dogodna droga z Zamchu do miasteczka Józefów. Karczma tętniła życiem w każdą niedzielę wieczorem. To okoliczni włościanie jadąc na poniedziałkowy targ do Józefowa od popołudnia w niedzielę gościli się, obiecując zapłatę Żydowi w poniedziałek po udanym handlu. Wracając do domu oddawali dług i do żon wracali z pustą kiesą. Niebiosa wysłuchały próśb stroskanych żon. Pewnego razu w czasie hucznej zabawy w karczmę wypełnioną biesiadnikami strzelił piorun, ziemia zatrzęsła się i karczma wraz wieśniakami zapadła się.
    Od tego czasu okoliczni mieszkańcy z daleka omijali to przeklęte miejsce.
Ciemną nocą wracał z wesela skrzypek. Kiedy dotarł w okolicę karczmiska ujrzał palące się ognisko i mnóstwo tajemniczych postaci. Myślał, że bawią się zbóje, bo któż na tym odludziu, w puszczy mógł przebywać. Chciał niepostrzeżenie przejść obok, ale został zauważony i zaproszony do ogniska. W świetle ogniska widać było ogony, kopyta i rogi - na pewno były to diabły, a właściwie czarty.
    Zjawy kazały grać do tańca skrzypkowi. Ten przestraszony początkowo wzbraniał się, wymawiając się zmęczeniem i jeszcze daleką wędrówką. Jeden z czartów obiecał skrzypkowi zapłatę. Nie było innej już możliwości więc zaczął grać i zabawa taka trwała do świtu. Kiedy zapiał kur, czarty zaczęły rozpływać się w porannej mgle, tylko ostatni czart wziął z ogniska garść żarzących się węgli i wrzucił do skrzypiec, mówiąc - masz zapłatę i znikł.
    Przestraszony skrzypek myślał, że spalą się skrzypce - ale coś zabrzęczało - w skrzypcach zamiast węgli były dukaty. Tak czarty zapłaciły skrzypkowi za wspaniałą zabawę.
    Dlatego dolinę Sopotu od Karczmiska do Hamerni nazwano Czartowym Polem. Biada śmiałkowi, który o północy znajdzie się w tym miejscu, gdyż na pewno czeka go spotkanie z puszczańskimi czartami, a może nawet wędrówka do piekła.

 

Legenda o Florianie Szarym i Floriance

    Dawno, dawno temu, ale na pewno przed rokiem 1331, wracając z wyprawy na Ruś Czerwoną, przybył tu Florian Szary ze swoją siostrą Janką.
    Dookoła szumiała ogromna knieja, w której było słychać porykiwania jeleni i pomrukiwania niedźwiedzi. Drużyna Floriana była już zmęczona długą wędrówką po bezdrożach, bagnach i piaskach. Rozłożono obóz pod wielkim dębem. Wówczas okazało się, że jadło, które z sobą wieźli, nie nadawało się do spożycia, gdyż żarły je już robaki.
Florian Szary postanowił więc zapolować na grubego zwierza. Zabrał z sobą dwóch giermków i udał się do puszczy. Długo nawet nie szukali zwierza, gdyż zobaczyli stado ogromnych, rogatych turów pasących się na łące. Kiedy zbliżali się do stada, usłyszeli potężny ryk niedźwiedzia. Tury rzuciły się do ucieczki na bagna, a rozwścieczony niedźwiedź zaatakował rycerza i giermków. Chłopcy uciekli zamiast pomagać swojemu panu. Florian Szary - odważny rycerz rozpoczął nierówną walkę z bestią. Nie wiadomo jakby się ten pojedynek zakończył, gdyż włócznia wbiła się w drzewo zamiast w cielsko niedźwiedzia i rycerza dosięgły niedźwiedzie pazury.
    Po pewnym czasie, siostra Janka z giermkami przybyła na odsiecz. Niedźwiedź zobaczywszy drużynę, zaprzestał walki i uciekł na wielką jodłę. Rannego Floriana zabrano do obozu, gdzie pod dębem siostra Janka opatrzyła mu rany. Od tego czasu miejsce to nazwano Florianką, a dąb otrzymał imię "Florian".
Pamięć o tym wydarzeniu była przekazywana w rodzinie z pokolenia na pokolenie.Kiedy osiedlił się na tych terenach Tomasz z Łaźnina, praprawnuk Floriana Szarego przybył na Floriankę na polowanie, ale niedźwiedzi już nie było, tylko zapolowano na tury. Udane polowanie zakończyło się wspaniałą ucztą pod dębem "Florianem".

    W 1593 roku włość szczebrzeszyńska wraz z Florianką została własnością rodu Zamoyskich.

 

O zjawieniu św. Stanisława bpa w Górecku Kościelnym

    ...Za panowania Jana Kazimierza, gdy wielki rebeliant Bohdan Chmielnicki w r. 1648 dnia 7 października nazbierał Tatarów i Kozaków pod Zamość podszedł grożąc wielkim ogniem i mieczem przez 17 dni kto żyw był z fortuną i zdrowiem po lasach kryć się musiał, co też i Góreczczanie uczynili, zgarnąwszy bydło w puszczą głęboką, gdzie się nieczyste to miejsce nazywa Przeskoki poszli.
    Od tego miejsca często do Górecka przychodził Jan Socha młodzian o osobliwej urodzie. W nocy taka mu się rzecz przydała - idzie tenże Socha z Rusinem zwanym Kluz rozmawiając, aliści przed sobą zobaczyli jasność, w której widmie pokazała się osoba podobieństwo biskupa wyrażająca. Socha przerażony zaczął uciekać, na którego owa jasność zawołała - nie bój się grzeszna dusz, poczekaj i daj mi noża. Socha słysząc, że napiera się noża, obawiając się, aby go nie zabiła, począł bardziej uciekać. Zawołał powtórnie biskup - nie bój się grzeszna duszo - jam jest Stanisław biskup krakowski, daj mi noża - nie zabiję Cię, ale naznaczę miejsce święte, gdyż na tej puszczy będzie zjawienie na chwałę Panu Bogu. Socha drżąc podał nóż, którym Stanisław uciął gałązkę, potem końcem noża uderzył w sosnę, a zaostrzywszy gałązkę utkwił ją w sośnie, mówiąc - tu będzie kaplica pierwsza. Ta sosna stoi dotychczas (1824 r.) w tejże kaplicy. Od sosny poszli dalej ku rzece, gdzie zjawa ucięła gałązkę, zrobiła na kształt wieńca i powiesiła na gałęzi sosny mówiąc: tu będzie kaplica druga. W tej wodzie, kto się obmyje z dobrą wiarą, od wszelkiej choroby będzie wolny. Od rzeki święty wrócił nazad jakoby ku Górecku idąc, zawiązywał około ścieżki po obydwu stronach brzozy, które tak powiązane rosły następne lata. Tymże sposobem naznaczył kaplicą trzecią, w której jest teraz obraz NP Marii z Józefem. Stąd postąpiwszy, wziął jako pierwszy z brzozy gałązkę i w sosną wszczepił, która się zaraz przyjęła i tak w sośnie brzoza rosła jak na swoim korzeniu, (aż się jej dotknął człowiek zwany Chrobot to uschła). W ten sposób uczyniwszy święty rzekł - tu będzie kościół.
    Gdy to Stanisław uczynił wejrzawszy na Sochę rzekł - idź do Górecka i opowiedz coś widział, a to miejsce niech dylami obstawią. Jest w Górecku człowiek, który podczas morowego powietrza obiecał postawić figurę nad wsią, rzecz mu, aby nie tam tylko przy sośnie naznaczonej postawił. Co wymówiwszy biskup począł się powoli podnosić ku niebu aż zniknął. Socha z Kluzem poszli do wójta opowiadając wszystko porządkiem, gdy wzmiankę uczynili o figurze, odezwał się Olszak: jam jest, który obiecał figurą wystawić, a ponieważ jest taka Boga i Stanisława wola - tak więc uczynię.
Jakoż stanęła figura, pod którą różnej kondycji ludzie przychodząc do św. Stanisława, ratunku wzywając, pocieszeni zostali. M.in. Kutryj ze Zwierzyńca opętany od czarta, gdy go tu przywieziono na to miejsce i proszono bednarza Wróbla, aby nad nim litanię zmówił - zaraz czart uciekł. Tymi i innymi cudami wzruszeni Góreczczanie poczęli drzewa na to miejsce zwozić i obrabiać, co gdy usłyszeli prałaci zamojscy, wysłali jednego kanonika na to miejsce, który stanął przy figurze i począł ludzi rozpędzać jako tych co zmyślają i lada czemu wierzą, a uczyniwszy to zamyślił nazad do Zamościa wracać, lecz zatrzymać się musiał, bo ledwo co na konia wsiadł, padł pod nim koń. Przestraszony Lewart Dyda klęknął, żałując tego co uczynił, a prawdziwe zjawienie św. Stanisława ogłaszać obiecał. Za którą obietnicą zaraz koń ożył a Lewart pojechał na nim do Zamościa.
Ludzie obrobili drewno i obstawili figurę. A gdy już figurę dylami obstawili, idzie Socha z Rusinem Hryniem ku figurze i obaczył za dylami jasność. Hryń przerażony padł krzyżem, a Socha zajrzał za dyle, gdzie zobaczył biskupa przy świetle licznej asystencji mszę odprawiającego. Zdumiał się Socha i zawołał - A cóż się dzieje, czymże Bóg mnie karze. Na co obejrzawszy się biskup powiedział - nie grzesz człowieku jam jest Stanisław. Na tym miejscu dwa razy będzie się odprawiało uroczyste nabożeństwo - to wymówiwszy zniknął.
    Dowiedziawszy się o tym Marcin Zamoyski, każe gromadzie stanąć, z którą przyjechawszy na to miejsce - zaraz 6 koni, którymi przyjechał, klękło. Ten cud widząc mądry i pobożny pan kazał dyle odrzucić, a kościół tymczasem na kształt kaplicy postawić, do którego wprowadził franciszkanina Antoniego Terleckiego w r. 1660. Przyjemna to była ofiara Bogu, gdy Marcin pojechał pod Chocim z wojskiem, to w dzień św. Marcina 30 tysięcy Turków położył...

 

Cud w Werchracie

A w dniu 2 lipca 1688 r., w 20-lecie monastyru, zaczęły się dziać cuda.
Ówczesny proboszcz Werchraty Andrzej Swidnicki zaprosił z monastyru 2 duchownych na święto w swojej parafii, o. Teofila Witoszynskiego i o. Juliana Kowalskiego. Po zakończeniu całodziennej pracy w cerkwi ojcowie poszli na spoczynek, o samej północy o. Kowalski zbudził się ze snu i powiedział do proboszcza: ojcze Andrzeju, ikona Przenajświętszej Panienki płacze w naszym monastyrze. Duchowni szybko ubrali się i wyszli z chaty, i z daleka zobaczyli monastyrską górę, która i cały las wokół, były oświetlone wielką jasnością.
    Wszystkich ogarnęła trwoga. I nikt nie odważył się iść do cerkwi. Aż jeden człowiek nabrał odwagi... Ludzie wyruszyli za nim,,, 
I co zobaczyli? W cerkwi jarzyło się światło przed ikoną Bożej Matki, a krwawe łzy spływały dwiema strugami po obliczu Przenajświętszej Bogurodzicy. Te łzy płynęły bez przerwy w ciągu czterech tygodni.
    W 1794 roku było zapisanych ponad 150 innych cudów. W 1810 roku po zamknięciu monastyru w Werchracie cudowny obraz uroczyście, w asyście licznego duchowieństwa, bracia przenieśli do Krechowa i tutaj też poczęły dziać się cuda, największe w latach 1907, 1909 i 1910.

Świadkiem tamtych wydarzeń był czakram roztoczański, który do dzisiaj znajduje się na południowym stoku wzgórza monastyrskiego.

  

 Św. Mikołaj Brzeziński

Na skraju Roztocza i wielkiej Puszczy Solskiej (dawnej królewskiej) leży niewielka wioska Brzeziny.

O pół wiorsty od chałup stoi tajemnicza figura św. Mikołaja.

Ząb czasu spowodował, że święty stracił kawał brody i prawą rękę, zostały mu atrybuty - na księdze 3 "złote" kule. Mikołaj patrzy na wschód w kierunku Józefowa.

Być może tajemnica puszczańskiego św. Mikołaja poszła by w niepamięć, gdyby nie przypadek. W czasie kopania dołu przy jednym z zabudowań wykopano "skarb" flaszkę a w niej taką opowieść napisaną niezbyt wprawną ręką na papierze kancelaryjnym (z herbem ordynackim).

Zdarzyło to się gdzieś na początku XIX w. We wtorek po Trzech Królach chłop z Brzezin Mikołaj Kowal wybierał się na doroczny jarmark do Józefowa. Zima była okrutna, mróz skrzypiał, a para uchodząca z ust natychmiast zamarzała na sumiastych wąsach Mikołaja. Wychodzącego pożegnała żona prosząc, aby za dnia wrócił do domu. Właściwie Mikołaj nie miał pomysłu na zakupy jarmaczne, bo w kieszeni tylko były 2 monety po 50 groszy. Jeszcze przed wyjściem żona miała jakieś złe przeczucia i chciała go odwieść od zamiaru wędrówki w taki mroźny dzień. Ale na upartość chłopa nie było lekarstwa - więc założył buty, kożuch, wziął do ręki kostur i w drogę. Szczęśliwie dotarł do Józefowa. W czasie wędrówki między straganami spotkał dawnego sąsiada bednarza Wróbla z Górecka. Razem wybrali zakup - niby "srebrną" tabakierkę. Po długim targu zostało jeszcze na łyk gorzałki, więc poszli do wyszynku uczcić spotkanie przyjaciół i zakup. Tam było już ciasno od biesiadników. Wreszcie dopchali się do lady i Szmul nalał "diabelskiego" napoju do kufla. Dyskusja rozwinęła się i trwała do zmierzchu. Czas wracać do domu - a tu ciemna noc.

Wędrował po zaspach Mikołaj do swojej chaty w Brzezinach, już do domu było niedaleko, nawet było słychać szczekanie Burka mikołajowego. Wtem coś strasznego się wydarzyło przed Mikołajem pojawiła się wataha zgłodniałych bestii - puszczańskich wilków. Nawet biedak nie zdążył obronić się kosturem - został rozszarpany i pożarty. Zostały tylko buty na drewnianych podeszwach (bo były nasmarowane dziegciem) i kostur. Rano babina tyle znalazła na skraju polany. Nawet pogrzebu nie było, bo i co było chować. Za rok we wnyki złapało się ogromne wilczysko, kiedy rozpruto go w celu zdjęcia skóry, z brzucha wydobyto mikołajową tabakierkę kupioną na józefowskim jarmarku.

Od tego czasu w tym miejscu pojawiała się szczególnie nocą tajemnicza zjawa, często było słychać okropne wycia i jęki. Mieszkańcy daleko omijali to miejsce. Mówiono, że błąka się tam dusza Mikołaja, ponieważ nie miała pogrzebu. Wnuk Mikołaja ufundował figurę św. Mikołaja i po poświęceniu jej już się zjawy więcej nie pokazywały. Brzeziny - niewielka wioska w gm. Józefów, pow. biłgorajski.

Wzgórze "Kościółek"

Kościółek - wzgórze w widłach Tanwi i Jelenia zwane jest również Zamczysko. Na wierzchowinie widać wał ziemny. Gród, datowany na XII - XIII w., zbudowano w miejscu naturalnie obronnym. Przypuszcza się, że był schronieniem dla ludności w czasie najazdów nieprzyjaciół. Wg legendy został zniszczony przez Tatarów w podstępny sposób. Nie mogąc zdobyć potężnego grodu, rozsypali oni groch namoczony w gorzałce i dzięki temu złapali żyjące w grodzie gołębie. Przyczepili im tlące się huby i wypuścili. Gołębie wróciły do grodu powodując jego pożar. Opowiadano również legendę, że gród zbudował rycerz Gołdab, który miał córkę o imieniu Tanewa. Gdy przebywał na wyprawie wojennej, obcy książę próbował porwać piękną Tanewę. Dziewczyna z rozpaczy skoczyła z urwiska. Po powrocie z wyprawy, znalazłszy ukochaną jedynaczkę martwą, Gołdab nakazał zburzyć zamek. Odtąd żył samotnie na opustoszałej górze. Wg miejscowej tradycji, na Zamczysku jeszcze podczas Konfederacji Tyszowieckiej (1656 r.) istniał zamek, a przy nim drewniany kościółek. Na początku XVIII wieku osiedlili się tu bazylianie przybyli z Zamościa. Zaniedbane budynki popadły w ruinę i w 1796 r. na polecenie biskupa zostały rozebrane. Bazylianie przenieśli się wówczas do Monastyru pod Werchratą. W czasie powstania styczniowego oraz ostatniej wojny ukrywali się tu powstańcy i partyzanci. Te wydarzenia upamiętnia pomnik i krzyże. Na wzgórzu możemy zobaczyć wały ziemne. W okresie zaborów wzgórze nazywano Smoki. W tym miejscu na granicy Kongresówki i Galicji kozacy "pilnie" obserwowali położoną w dolinie granicę (smotrili - patrzyli). Dlatego powstała spolszczona nazwa wzgórza Smoki. Jednak Kozacy byli przekupni, gdyż w tym miejscu najłatwiej można było przekroczyć kordon graniczny. Do tego były potrzebne 2 monety po 5 rubli i znajomość miejscowych przemytników. Osoba zamierzająca przejść do Galicji przekazywała 2 monety przemytnikowi, który w nocy prowadził ją w pobliże granicy i kazał czekać na umówiony znak. Później przemytnik szukał ukrytego kozaka i przekazywał mu 5 rubli. Kozak wtedy nie interesował się co dzieje się nad rzeką. Na umówiony znak człowiek bez paszportu pokonywał rzekę i był już w cesarsko-królewskiej Galicji. Proceder ten był tajemnicą poliszynela przez prawie sto lat i przynosił okolicznym mieszkańcom i kozakom pilnującym granicy niezłe profity.

O skarbie nad granicą

Po zniesieniu granicy zaborów, po latach wydarzyła się jeszcze jedna ciekawa historia.

Przy wyznaczaniu granicy woj. lubelskiego i dawnego rzeszowskiego (ob. podkarpackiego) ciężko pracowały ekipy geodezyjne. W latach 50-tych jeszcze nie było zbyt precyzyjnych przyrządów, używano więc tyczek pomalowanych na kolor biało-czerwony. Przypadkowo pomocnik geodety wbijając tyczkę w pobliżu dawnej granicy po stronie galicyjskiej usłyszał odgłos uderzenia o twardy przedmiot. Zawołał kolegów, którzy z ciekawością zaczęli szukać skarbu. Po odkopaniu okazało się, że jest to beczułka (tzw. antałek) napełniona jakimś tajemniczym płynem. Szybko ustalono, że jest to gorzałka, zakopana pewnie przez przemytnika, jeszcze przed I wojną światową. Po wstępnej degustacji i ustaleniu mocy trunku zapadła decyzja o sprawiedliwym podziale skarbu wśród członków ekipy geodezyjnej. Od tego czasu wyznaczana granica miała coraz bardziej zawiły przebieg, często nie pasowała mapa do terenu. Po dotarciu ekipy na Roztocze Wschodnie prace w terenie coraz bardziej się komplikowały więc ubywało okowity z manierek. Efektem znalezienia "skarbu" było wyznaczenie granicy województw między chałupą a wychodkiem...

Gościniec krasnobrodzki

W styczniowe południe udałem się na krótką wycieczkę. Autko zostawiłem w Obroczy, włączyłem gps i w drogę. Wszedłem na leśną ścieżkę, która doprowadziła mnie do gościńca krasnobrodzkiego. Chwilę zamknąłem oczy i przeniosłem się wyobraźnią do roku 1500. Wokół szumiała potężna puszcza, znalazłem się na piaszczystym gościńcu. Wtem od wschodu usłyszałem rżenie koni. Przezornie ukryłem się pod rozłożystą jodłą. Gościńcem przetoczył się czambuł tatarski. Później dowiedziałem się, że Tatarzy zostali wycięci w pień pięć wiorst dalej. Teraz tam jest Zwierzyniec. 
Czas szybko biegnie i rozpoczęło się przedwiośnie roku 1656. Na gościńcu po topniejącym śniegu pozostały ogromne kałuże, ścięte niezbyt grubą skorupą lodu. Od rana już przetaczają się wojska szwedzkie. Zmęczone konie, zmęczeni rajtarzy szwedzcy jadą wolno na wschód. Za chwilę słychać ujadanie psów i pokrzykiwania furmanów. To w karocy ciągnionej przez 12 koni siedzi jegomość w ogromnym kapeluszu, a karocę otacza grupa zaciężnych. To pojechał Karol Gustaw do Lwowa. I znowu coś dziwnego się dzieje, jakieś wrzaski. Kiedy karoca królewska schowała się za zakrętem, straże tylne zostały otoczone przez dziwnych rycerzy ubranych w skóry niedźwiedzie. Szable w ruch, koniki zaczęły rżeć, słychać szczęk szabli i rapierów. Długo to nie trwało i gościniec zapełnił się szwedzkimi trupami. To podjazdy Czarnieckiego rozbiły straże tylne Szwedów. Chociaż ziemia była zmarznięta szybko pochowano Szwedów usypując kopiec. Po wiekach postawiono tu krzyż ponieważ nocami pojawiali się tu jacyś jeźdźcy bez głów. W leśniczówce nocą słychać było jęki, szczególnie przy końcu lutego. 
Jest piękny, ciepły czerwcowy poranek, na gościńcu pokazała się biała kareta ciągniona przez 4 gniade konie. W karecie śiedzi dama z pięknymi loczkami i z ciekawością rozgląda się wokoło po puszczy, chyba mnie pod jodłą zobaczyła. W niebieskich oczkach widać diablika i zalotne błyski. To Marysieńka Zamoyska jedzie na wycieczkę pooglądać bobry i napić się wody ze źródełka na Stokach. Nawet jeleń Bonifacy wyszedł na powitanie.
Później od czasu do czasu na gościńcu pokazywali się samotni wędrowcy, kupcy raczej tędy nie jeździli, droga ciężka i osad nie było na trasie. Jest lipiec 1914 roku. Znowu słychać rżenie koni i chyba z 10 sotni wojska rosyjskiego się pojawiło. Z marszu udali się jakieś 0,5 wiorsty na południe i do pracy - rozpoczęło się kopanie okopów, rozciąganie kolczastych drutów. To trwa budowa linii umocnień na linii Wieprza. Wojsko zajęło stanowiska obronne, dymi kuchnia wojskowa i rozchodzi się zapach wojskowej grochówki i sadła. Wojsko czekało w pełnej gotowości na wroga, który jakoś nie pojawiał się nad zabagnioną doliną rzeki. Tak ich zastał koniec sierpnia, wojna trwa. Od północy słychać strzały armatnie. To pod Zamościem na polach Płoskiego trwa całodzienna bitwa z Austriakami. Wreszcie przychodzi rozkaz pozostawienia umocnień i nocny marsz w kierunku Krasnegostawu.
Jest 16 września 1939 r. słychać coraz bliższe strzały od południa i zachodu to trwa całodzienna, tragiczna bitwa pod Białym Słupem. Gościńcem przemieszczają się wojska Armii Kraków. Nikt nie panuje nad jakimś porządkiem, marsz w bezładzie, trakt blokują unieruchomione pojazdy. Wszyscy się śpieszą w kierunku Tomaszowa. Co chwilę wybuchają armatnie pociski. Potem następuje już tylko okupacyjna cisza.
Nocą 30 grudnia 1942 r. na gościńcu pojawiają się sylwetki skulonych partyzantów. To wycofują się po całodziennej bitwie pod Wojdą partyzanci BCh i rozpływają się niepostrzeżenie w ciemności i w puszczy. Za jakieś pół godziny ich śladami idą wściekli niemieccy żandarmi. Doszli do Zwierzyńca, a partyzantów ani śladu, a przecież tutaj niedawno byli.
25 lipiec 1944 na trakcie znowu pokazało się wojsko - to czerwonoarmiści, piechotą, na samochodach i czołgach suną na zachód. Za godzinę rozlegają się pomruki jakiejś nowej broni - to katiusze ostrzeliwują Zwierzyniec i okolicę.
I znowu cisza i tylko słychać szum roztoczańskiej puszczy. 
W 1949 roku na gościńcu znowu pojawiają się samochody i mnóstwo okolicznych chłopów z łopatkami, którzy kopią wąski rów po północnej stronie gościńca. Co to będzie nikt nie wie - wielka tajemnica. W wykopanym rowie układany jest gruby kabel w ołowiu. W okolicznych wioskach na kwaterach śpią obcy ludzie, którym przy gorzałce rozwiązują się języki. I już wiadomo - to jest układany kabel telefoniczny, który ma połączyć Moskwę z Berlinem.
Wspomnienia, wspomnienia... jest 1 lipca 1957 roku. Na gościńcu pojawia się grupka młodzieży, a właściwie dzieciaków - idziemy na odpust do Krasnobrodu.
Jest już popołudnie, znowu styczeń 2007 roku, zaczyna padać deszczyk zimowy, więc pora wracać do Obroczy, gdzie czeka na mnie samochodzik, łyk zimnej, źródlanej wody ze stoku i powrót do domu na pierogi ruskie ze skwarkami.

 

Opracowanie: Edward Słoniewski - Prawa autorskie zastrzeżone 

LEGENDA STOŁU SZWEDZKIEGO

 

Działo sie Roku Pańskiego tysiąc sześćsetnego pięćdziesiątego szóstego.

Rzeczpospolita zalana była w onym czasie wojskami szwedzkimi Karolusa Gustawa.

Miłościwie nam panujący Jaśnie Oświecony król Jan Kazimierz z żalem za granicę uchodzić musiał.

W Zamościu, dobrze na ów czas ufortyfikowanym i zaopatrzonym rezydował ordynat zamojski, Jaśnie Wielmożny Mości Pan Podczaszy Koronny Jan II Zamoyski Sobiepanem zwany.

Jadł, pił, weselił się i śmiał się Szwedom w kułak albowiem Zamość był jedyną z trzech twierdz wolnych od heretyckiego zalewu.

Powszechnie uważano, że jest to fortalicjum w Rzeczypospolitej najpotężniejsze, wszak nie tak dawno całą potęgę Chmielnickiego hetmana kozackiego i Tuhaj Beja, zatrzymało (…)

 

To właśnie z dziejami niezwyciężonej Twierdzy Zamość, postacią Jana Sobiepana Zamoyskiego oraz wojenną zawieruchą połowy XVII wieku związana jest legenda powstania stołu szwedzkiego po raz pierwszy wystawionego wojskom szwedzkim pod murami Zamościa.

Słynący z nietuzinkowej fantazji Jan II Zamoyski zwany „Sobiepanem” postanowił godnie „uhonorować” króla szwedzkiego Karola Gustawa dowodzącego szturmującymi zamojską twierdzę wojskami, wystawiając przednią ucztę:

 

Ordynat ustawić kazał moc stołów poza murami miasta z wielką na nich ilością wiktuałów i prowiantów.

A to mięsiw wołowych, wieprzowych, sarnich, zajęczych i innych, tudzież ptactwa wszelkiej rozmaitości a ryb różnego rodzaju i przyrządzenia; pieczywa i ciast góry niezliczone a i trunki też wszelakich gatunków z przepastnych zapasów zamkowych ustawić kazał. Wszak uczta miała być pożegnalna (…)

ZAKAZAŁ WYSTAWIAĆ JEDYNIE SIEDZISKA. Żadnych ław, krzeseł, zydli, taboretów czy inszych sprzętów, na których wygodnie spocząć do posiłku by można.

Od onego czasu, poczęstunek in erectus zwany, czyli na stojąco, rozpowszechnił sie i zwać się począł STOŁEM SZWEDZKIM.

Marcin Zamoyski, potomek założyciela miasta, obecny prezydent Zamościa ma nadzieję, że będziecie Państwo – z uśmiechem na ustach – wspominać stół szwedzki. Być może opowiecie Państwo tę spisaną przez Henryka Szkutnika, a corocznie odtwarzaną przez Zamojskie Bractwo Rycerskie legendę, zaskakując swoich rozmówców podczas owocnych biznesowych spotkań oraz kolacji w gronie przyjaciół. W każdej bowiem legendzie jest wiele prawdy, a nie jest to jedyna niezwykła historia z dziejów zacnego miasta Zamościa.

 Wykonywał: Henryk Szkutnik

 

 

 


Proszę czekać... Proszę czekać...